GRYZIONE ŻYCIE -CZYLI RZECZ O BYCIE W INTERNACIE-ODCINEK 24 EGZAMINY WSTĘPNE

-Witam was serdecznie, Kochani nie ma czego się bać. Rozpoczynacie egzaminy wstępne do LZ. dla stroicieli pianin i fortepianów. Na pewno jesteście przygotowani, więc nie ma obaw. Za chwilę przejdziecie do sali, gdzie rozpoczniecie egzamin z języka Polskiego. Życzę wam powodzenia,i jak to się mówi połamania piór. Powiedziała kobieta ubrana w granatowy kostium i białą koronkową bluzkę, owa kobieta miała około 50 lat, i była dyrektorem szkoły.-Trzymaj się stary, powiedział Tato,jeszcze poklepał mnie po plecach, i za chwilę zniknąłem w sali lekcyjnej. Tam po raz pierwszy zobaczyłem kandydatów na uczniów LZ. Towarzystwo mocno spięte, no może poza dwoma kolesiami. Jeden kręcił się na krześle żywo gestykulował, i był mocno podniecony całą sytuacją. Drugi o rysach nordyckich, z czerwonym nochalem. Siedział przy gablotach z wypchanymi zwierzętami, ponieważ sala w której pisaliśmy była  pracownią biologiczną .Chłopak głupkowato się uśmiechał, ni to bekał, ni to czkał. Reszta była skupiona w oczekiwaniu na rozpoczęcie egzaminu.

-Dzień dobry. Ja nazywam się Regina Puchacz. Jestem magistrem polonistyki, i uczę jerzyka Polskiego. Mam zaszczyt przewodniczyć komisji egzaminacyjnej. Kobieta wzrostu metr 55/56, objaśniła jak będzie przebiegał egzamin, a następnie , wyczytała listę obecności. Przy wyczytywaniu mojego nazwisku z lewej strony pod oknem rozległ się lekki szmer za sprawą gościa o kruczoczarnych włosach. Ubrany był białą koszulę do której miał założony skórkowy krawat.

-To ten , on zmami chodził na Koźmińską, ale akcja, szeptał do sąsiada z ławki

-Jakieś wątpliwości masz chłopcze? zapytała zdziwionym głosem pani Regina

-Nie, nie proszę pani. W tym momencie i ja go poznałem, to prymus z a klasy w Warszawie.Andrzej Alfa. Kurwa, zakląłem siarczyście pod nosem, jak tutaj tacy ludzie przyszli, to niezły poziom tu jest, chyba już po mnie.

-Na kartkach macie, cztery tematy do wyboru, czas 4 godziny na napisanie, jeżeli ktoś skończy wcześniej oddaje pracę, i wychodzi. Uwaga! Proszę się nie spieszyć, czasu jest sporo, nikt was nie goni.

Kiedy zobaczyłem zagadnienia, nieco się uspokoiłem. Były dwa tematy dające swobodę pisania, i dwa bardziej szczegółowe. Wybrałem temat dotyczący ulubionej lektury, postaw bohaterów. Akurat traw chciał że w czasie pobytu ponownego w Częstochowie, zacząłem intensywnie słuchać  książki mówionej na kasetach. Jedną z pierwszych był ,,Potop” H. Śienkiewicza. Dosłownie bylem zafascynowany 2 częścią trylogii, i 2 tygodnie przed egzaminami skończyłem słuchać książki. Wybór był prosty, rozpisałem się  na temat ,,Potopu” na 2 podwójne kartki a 4. Po 3 godzinach oddałem pracę i opuściłem klasę. Tata czekał na korytarzu wraz z kilkoma rodzicami. Potem obiad, i spacer na rynek. Uczniowie szkoły przyglądali się nam jakbyśmy byli z Marsa. Zwłaszcza pierwszoroczniacy liceum. Pierwszego dnia poznałem kolegę, który też przyjechał, jak ja z Częstochowy, tyczkowaty Miron Kolarski. Paradował w białej sportowej koszuli, dekatyzowanych dżinsach, i białych ,,Sofiksach” Kiedy mówił lekko seplenił gdyż miał  wysuniętą szczękę, podobnie jak   Jacek Gmoch. Rozmowa jednak nie kleiła się, poza zdawkowym, jak ci poszło. Reszta towarzystwa trzymała się w grupach. Była tak zwana grupa lubelska. Trzech chłopaków ze szkoły z Hirszfelda.Następna ekipa warszawska- dwóch gości z ojcami, i jedna koleś spod Krakowa, który trzymał się z boku, ponad to nas dwóch z Częstochowy, jeden ósmoklasista z Tynieckiej    i jedna dziewczyna, rodzynek z Zabrza.

Drugiego dnia dla mnie nadszedł dzień prawdy. Matematyka, moja zmora, coś co spędzało mi sen z piwek. W pracowni matematycznej zebraliśmy się, by punkt 9 00 rozpocząć egzamin.Przewodniczącą komisji była pani mgr. Bogusława Zjawińska. Nie wysokiego wzrostu kobieta przed czterdziestką, budziła respekt swoją aparycją.Głos miała stanowczy, ale przyjazny.  Barwa  to skrzyżowanie głosu E. Bem z E. Złotowską Drugą osobą była w komisji kobieta o tubalnym glosie mgr. Bożena Wałdoch, skład komisji uzupełniała pani dyrektor mgr historii Alina Salin. Trzeba przyznać, że tak przyjaźnie nastawionej dyrektorki do uczniów nie widziałem,mimo iż mailem już za sobą trzy szkoły.Niestety poległem na całej linii. Na trzy zdania, próba rozwiązania któregokolwiek  kończyła się fiaskiem. Co jakiś czas podchodziła, a to pani dyrektor, a to pani Bogusława, i nawet coś mi życzliwie podpowiadały, albo raczej naprowadzały. Nic z tego, po godzinie oddałem prawie pustą kartkę-kaplica.

Tego samego dnia po obiedzie, zebraliśmy się na parterze, budynku szkoły  gdzie mieściły  się gabinety psychologa szkolnego i pedagoga. Mieliśmy przejść testy manualne, i coś w rodzaju testów psychologicznych. Każdy z osobami wchodził, więc czas czekania na korytarzu służył integracji.

-Cześć zagadnął mnie Andrzej Alfa z Warszawy. Ty to jesteś ten Henio no nie?

-Tak mnie nazywali na Koźmińskiej, ale to nie był dobry czas dla mnie.

-Taa. Ja cię kojarzę, dawaliście czadu z Romanem, i Pawłem.

-Były różne sytuacje, odparłem.

-Niezły numer że się tu spotykamy.

-To fakt, ale ty chyba masz wszystko w jednym palcu.

-Eee tam, matma  to matma, ale z polaka, może być kiepsko, bo sadzę dużo byków. W tym momencie podszedł do nas drugi gość z Warszawy, z którym się trzymali razem.

-Cześć ma na imię Ernest. Ernest Skalski

-Mariusz, kojarzę cię z Warszawy, ty chyba dobrze kumplowałeś się z Piotrem Sweterkiem, tym prymusikiem.

-Trochę tak, odparł Ernest. Po chwili dołączyli do nas  pozostali. Okazało się że chłopak o rysach nordyckich to Tadek Bochnior z jakieś wioski pod Lublinem. Łukasz z pod Dębicy, który jak się okazało ma brata w tej szkole Grześka. Jest on uczniem 1 klasy LZ. Poznałem też  Mirka owego miejscowego ucznia ósmej klasy, Roberta z Krynicy, i Alę z Zabrza, jedyną dziewczynę w naszym gronie. Prawie cala Polska. Zaczęliśmy gadać, jak najęci. Czas szybko minął. Testy polegały na przekładaniu jakiś klocuszków na czas, paru pytaniach, i na tym koniec. Wieczorem ja  z tatą  jeszcze paru kolesi z 1 kl LZ. i Andrzej wraz ojcem oglądaliśmy  finał PMK pomiędzy Benficą Lizbona   a PSV Eindhoven. Zakończony w karnych 6:5.

Trzeci dzień to rano egzamin ustny z Polskiego, który zdałem bez większych problemów. Pytania mi podeszły. Po południu była większa jazda bo egzamin muzyczny.

Pokoje muzyczne mieściły się na końcu korytarza na drugim pietrze. Egzamin  muzyczny był najważniejszy, gdyż sprawdzano słuch poczucie rytmu, i wiedzę oraz zainteresowanie muzyką. Większość osób grała na instrumencie, ja i kolega z pod Krakowa nie. Balem się bardzo. Jednak wszystko przebiegło pomyślnie. Korepetycje z panią prof. Klinowską, która była vice dyrektorem Zespołu Szkół Muzycznych w Częstochowie przyniosły dobry rezultat. Ponad to w teoretycznej części, gdzie miałem opowiedzieć o wylosowanym kompozytorze też trafiłem w 10. Bezbłędnie odgadnąłem  Poloneza As-dur Chopina, a zamiast grać na instrumencie pozwolono mi zaśpiewać piosenkę. Śpiewałem ,,Pod ten kwiat czerwony” zespołu ,,No to co”

Czwartego dnia przed południem był dla mnie egzamin prawdy. Wiedziałem że poszła mi bardzo słabo matematyka pisemnie, więc nie mogłem oblać matmy ustnej. Wylosowałem numer 13 zestawu. Jednak nie okazał się pechowy. Odpowiedziałem na dwa pytania z geometrii, a zadanie przy tablicy rozwiązałem przy lekkiej pomocy pań Bogusławy , i Bożeny. Ocena dostateczna z plusem, ratowała mnie niczym kolo ratunkowe tonącego. Po obiedzie chwila prawdy. Na parterze  w holu na rdzawej tablicy korkowej umieszczono kartkę, a na niej lista 11 wybrańców. Z wielką satysfakcją tata oznajmił że jestem przyjęty do szkoły. Poza dwiema osobami, które nie zostały przyjęte, reszta się dostała. Pani dyrektor Salin z dobroduszną miną gratulowała, niemal po matczynemu. Dla mnie to był szok, gdyż ani w Częstochowie, ani w Warszawie nie spotkałem takiego podejścia do wychowanków.

-Jestem kierowniczką internatu nazywam się Halina Zaleśna. Młodzież powinna przyjechać dzień wcześniej. Proszę zapatrzyć ich w zmienne obuwie, ponad to zmienna bielizna w dużych ilościach. Mam nadzieje że kawalerka umie prać, u nas musi panować czystość. Nie będę tolerowała brudu. Jest pralnia, a poza tym trzeba się uczyć samemu prać, prasować. Wyjścia na początku pod opieką wychowawcy, samodzielne po odbyciu kursu orientacji przestrzennej, i zdaniu egzaminu! Wygłaszała z pasją tyrady niska kobietka, o energicznych ruchach, i ostrym skrzekliwym glosie. Jednak, i ona uśmiechała się i zapraszała we wrześniu.

Zatłoczony Ikarus przegubowy mknął przez aleje ,,Trzech Wieszczy”, jednak wcale mi to nie przeszkadzało, bo wreszcie coś mi się udało. Zaczynałem nowy etap, nowy rozdział w moim życiu. Najważniejsze było to że sam coś osiągnąłem,  Ponad to samo miejsce robiło pozytywne wrażenie. Klasa też rokowała dobrze na przyszłość.To był dla mnie rodzaj oczyszczenia się i zrehabilitowania po warszawskiej przygodzie. Od września miałem powiedzieć- witaj Krakowie!

Buty Sofixy”-Buty za kostkę z protektorem. Przedmiot wielu westchnień nastolatków w latach osiemdziesiątych.   


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *