GRYZIONE ŻYCIE -CZYLI RZECZ O BYCIE W INTERNACIE-ODCINEK 25 POKÓJ 203

Biały Fiat 126p taplał się w rdzawym błocie pokonując wąską drogę wsi Boronów Po obu stornach stały  ceglane domy, bez elewacji, gdzie nie gdzie słychać było ujadanie psa. Z radia samochodowego dobiegała piosenka ,,Flames of Love” Fancy, numer jeden tego lata.

-Ścisz to Mariusz, powiedział Tata.

-Bo nie słyszę własnych myśli.Po chwili tata dodał

-To tutaj,  powiedział , zatrzymaliśmy samochód, przed parterowym ceglanym domem. Już po chwili pukaliśmy, a raczej waliliśmy do drzwi wejściowych. Bez szans gdyż z wnętrza budynku dobiegał ryk głośników,

,,Graj nie żałuj strun,

a niech tam na sali wrze.

Niech dowędzą się, jak gra polski blusman”

Tata nacisnął na klamkę drzwi ustąpiły, i po chwili byliśmy w obszernym korytarzu. Po lewej stronie było  zamknięte pomieszczenie, natomiast po prawej drzwi były uchylone. W dużym 30m pokoju siedziało dwóch gości.

-Dzień dobry! Krzyknął Tata.

-Dzień dobry. odpowiedział mały blond-włosy chłopak w wyciągniętej koszulce z napisem Spike.Jednocześnie doskoczył niczym lis do swojej ofiary w kierunku sporej wielkości wieży marki ,,Radmor” Nastała błoga cisza

-Poznaję pana, pan jest ojcem Mariusza, który się dostał do szkoły na Tyniecką.

-Pamiętasz mnie! Wykrzyknął entuzjastycznie Dominik Kępa. Następnie uścisnął mi rękę. Cześć staruszku! Widzisz dostałeś się, a tak się denerwowałeś, martwiłeś, niepotrzebnie.

-Poznajcie się to jest Arek, mój kupel z klasy.

-Dzień dobry, witaj odparł wyższy o półtorej głowy od Dominika Arek, wstając podał mi dużą rękę. Jestem Arek Arek Szybki.

-Napijecie się herbaty? Zagadnął Dominik.

-Dziękujemy, odparliśmy zgodnie z Tatą. Siadajcie sobie, Dominik wskazał drewniane krzesła skrzypiące, z chybotliwymi nogami.

-Przepraszam czy nie będzie panu przeszkadzało jak sobie zakurzymy.Zapytał protekcjonalnie Dominik.

-Jeżeli musicie.Odparł Tata. Błyskawicznie zabłysnęły zapałki, i chłopaki zaczęli puszczać dymki.

-Mariusz, pytaj, pogonił mnie Tata.

-Jak się mieszka w internacie?

-No stary. Odpowiedział zza kłębów dymu Dominik. Jest pani kierownik, z którą lepiej nie zadzierać. Musi być porządek w pokojach. Na początek będzie was gonić. Wiesz stary my to mamy układ, i jest spokojnie.Generalnie nie wychylać się, wykonywać polecenia,będzie dobrze.

-Nauczyciele? Jacy są.

-Wiesz stary. Jest różnie, zależy od humoru. Trzeba uważać na panią od Niemieckiego. Jeżeli będziecie się systematycznie uczyć, to spoko. Jednak poziom jest wysoki. Musicie uważać na matematykę, nie ma opierniczania się. Są prace domowe, kartkówki.U Reginy Puchacz z polaka też trzeba się mobilizować. Będzie dobrze zakończył tyradę Dominik wypaliwszy dwa fajki.

Dowiedziałem się że trzeba się starać, nie obijać się. Niby nic nowego, ale sposób przekazu był mentorski, i wypowiedziany  z wyższością. Dominik nie omieszkał stwierdzić że jest przewodniczącym szkoły, Arek jest też w samorządzie. Ogólnie my II LZ, jesteśmy najlepsi, a wy koty będziecie się od nas uczyć.

Środa 31 08.1988r. była pogodnym dniem. Słońce świeciło nisko nad walami wiślanymi, kiedy wraz z Ojcem minąłem furtkę i znalazłem się na chodniku prowadzącego do budynku ośrodka. W budynku panował względny spokój. Inaczej niż w Warszawie. Niemal po wejściu w próg ośrodka przywitała nas sympatyczna pani o południowych rysach, z burzą czarnych włosów spiętych w długi koński ogon. Jakie było moje zdziwienie kiedy przywitała się ze mną wyciągając rękę. Po warszawskich doświadczeniach przeżyłem kolejny szok. Osobiście kobieta zaprowadziła nas na górę do internatu, na drugie piętro.Oczom moim ukazał się przestronny hol z ławą pod oknem, fotelami. Po bokach paprotki, palma i bluszcz w doniczkach. Firanki ocieplały miejsce, w oknach. Korytarz przestronny, bez okien, ponieważ po obu stronach były drzwi prowadzące do pokoi.Nad drzwiami szyby przez które przedzierało się światło. Na końcu korytarza było wąskie okno, i mały balkon.

-Tu na lewo proszę,powiedziała kobieta o rysach południowoeuropejskich, którą okazała się być vice kierowniczką  internatu. Pokój 203. Po chwili znalazłem się w kilkunastometrowym pokoju. Wyposażenie pokoju stanowiły 4 łóżka, ustawione po przeciwległych stronach wzdłuż ścian jedno za drugim. Pomiędzy łóżkami szafki, nawet spore. Wyjątek stanowiły szafki pod oknami, które stały  przy łózkach. Po prawej stronie od wejścia przy drzwiach stała sporych rozmiarów szafa, z dwoma pawlaczami, po przeciwległej stronie niewielki stolik z płyty paździerzowej na metalowych nogach Na podłodze była szara wykładzina dywanowa. Ściany- standard w tego typu miejscach do polowy lamperia olejna od polowy farba kredowa, wszystko w tonacji beżowej. Do lamperii przytwierdzone były drewniane listwy .

-Siemano! Przywitał mnie Andrzej Alfa. Musisz wybrać sobie łózko, z tym że te dwa pod oknem są zarezerwowane dla mnie i Ernesta. On poszedł coś zjeść ze starym, ale pod wieczór wrócą. Wybrałem łóżko przy szafie.Po wypakowaniu się, poszedłem odprowadzić do wyjścia Tatę.

Trzymaj się stary. Powiedział Tata. Ucz się i nie dokazuj. Tutaj jest już liceum, musisz się starać. Uścisk dłoni, i po chwili sylwetka Taty zniknęła za furtką.

Powrót do pokoju, jakże był inny od tego z przed 3 lat, kiedy wylękniony z zaciśniętymi ustami wracałem do 12 osobowej sypialni. Tak sobie pomyślałem, tu jest jak w hotelu, pokoje 4 osobowe, stołówka  ze stolikami 4 osobowymi. Samo miejsce wydawało mi się takie cieple, swojskie. W pokoju Andrzej siedział pod oknem i wsuwał pęto kiełbasy zagryzając bułką kajzerką.

-Myśliwska bez kartek. Pochwalił się rozwalając się na łóżku. Ciekawe kto tu będzie czwarty. Ten Miron z Częstochowy, trochę dziwny znasz go?

-Nie, tyle co na egzaminach, odparłem.

-Lukasz pewnie będzie chciał być ze swoim bracholem w pokoju.Ja bym widział tutaj tego Tadka,co ty na to?Rzekł Andrzej

-Ok, może być wszystko mi jedno.

-Może być fajna ekipa, mówił Andrzej z dużym przejęciem. Taka Załoga G z pokoju 203,hehe.Co?

Jak czas pokazał rzeczywiście Andrzej miał racje, ów pokój stał się miejscem cementującym, i symbolicznym.Miejscem wzlotów, i upadków, bolesnego dojrzewania. Za chwilę przyszedł Ernest z tatą. Po pożegnaniu się Ernest usiadł na swoim wyrku, i rozpakował kanapkę, po chwili pałaszował ją.

-Kurcze jak tu będzie? Mówił jakby sam do siebie.

-Spoko nie pękaj! Z wyższością, i protekcją w glosie stwierdził bekając po opróżnieniu litrowego ,,Ptysia” Andrzej. Musimy obczaić jakie są tu układy, Kto z kim trzyma. No i jakie są panienki.

-Ja muszę zabrać się za naukę, bo inaczej skończę jak w Warszawie, odparłem niczym skruszony kleryk.

-Eeee tam. Na początku zamierzam dać sobie na luz. Stwierdził Andrzej wskakując pod kołdrę

Po chwili zgasiliśmy światło, i jak grzeczni uczniowie poszliśmy spać. Czy mogłem przewidzieć wtedy że w tej szkole w tym pokoju skończy się moje dzieciństwo, a zacznie dorosłe życie. Nikt nic nie wiedział. Pewne było to że nad Krakowem zapadła noc, i tylko przez uchylone okno w oddali słychać było skrzypnie po szynach ostatniego nocnego niebieskiego tramwaju.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *